„Entuzjasta” to jeszcze nie dziennikarz

W Polsce każdy chce być Clarksonem, problem w tym, że nie każdy powinien.

W zeszłym roku usłyszałem, jak „starszy” Pan Zientarski został nazwany polskim Jeremim Clarksonem. O zgrozo! Najsmętniejszy prowadzący najsmętniejszego programu motoryzacyjnego w polskiej telewizji! Notabene, właściciel Polsatu jest prywatnie fanem motoryzacji, więc nie rozumiem w jaki sposób zniósł na swojej „antenie” tak słabe programy Zientarskiego i spółki. Co najgorsze, całe rzesze rodaków oglądały ten program para-motoryzacyjny. Od tego czasu nie wiem w jakich programach występuje Włodzimierz Zientarski, po za tym że w światku „samochodowym ” jest istną alfą & omegą. Ja go poprostu osobiście i personalnie nie trawie.

Skoro Zientarski potrafi, to inni redaktorzy też mogą: Maznas, Jemielita, itp. Tak naprawdę,  zamiast robić kompetentny program o samochodach i porządnie je przetestować, niemal każdy robi z testowania samochodu program rozrywkowy w stylu „Top Gear”. W tym przypadku redaktor Zientarski się wyróżnia. Jego „mędzenie na antenie” plus prowadzenie kamery oraz montaż, w tym epickie zbliżenia na klamkę samochodu są tak „niesamowite”, że żaden z bzdurnych pomysłów prowadzących „Automaniaka” nie umywa się do smętów, które fundował nam redaktor Zientarski (nie pamiętam nawet jak nazywał się ten program, musiałem wyprzeć go z pamięci).
A propos naszego polskiego „Top Gear”, „Automaniaka”, który ściga się o palmę beznadziejności wśród programów na TVN Turbo – nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego nie można po prostu przetestować samochodu/samochodów, tylko trzeba wymyślać dla nich jakieś idiotyczne zadania w stylu: przejedź tor rally crossowy Mercedesem E klasy, który w wersji podstawowej co najwyżej nadaje do bycia stateczną limuzyną podróżną lub berlińską taksówką, dopiero w wersji AMG staje się rydwanem z piekieł. Szanowna Redakcja chce udowodnić widzom, że Mercedes czy BMW są nieświadome tego, że z ich samochodu można zrobić kosiarkę, co automatycznie oznacza, że dział projektowy źle wykonał projekt, a dział PR źle określił klienta docelowego. W większości przypadków jest to naprawdę żenujące, nie tylko dla fanów motoryzacji, ale dla każdego widza, który przypadkiem ogląda program.

 „Top Gear” jest tylko jeden i choćby nie wiem jak się starać, to Jeremi Clarkson jest nie do podrobienia. Nie oznacza to, że jeden czy drugi redaktor nie może błysnąć poczuciem humoru czy oryginalnym podejściem do testowania. Sam Jeremi zaczynał właśnie od testowania, do którego dodawał szczyptę humoru – na tym zbudował swoją reputacje i wizerunek, który pozwolił mu po roku 2000 zamienić jeden z najlepszych i najdłużej emitowanych programów motoryzacyjnych w cyrk na kółkach. Tak, „Top Gear” to program rozrywkowy o zabarwieniu motoryzacyjnym. „Chłopaki” poszli już tak daleko w absurd, że chyba sami zdają sobie sprawę, że już nie samochody grają główne skrzypce, ale ich rozdęte „jestestwa”.
Wszystko jest super, bo to lekki, dowcipny program, na który z chęcią się czeka i z przyjemnością ogląda. Nikomu nie uda się go skopiować, a ten, kto spróbuje, jest skazany na sromotną klęskę, ponieważ TVN czy Polsat to nie BBC – nie posiadają ani takiej techniki, ani porównywalnego budżetu. Ale że Polacy to nie gęsi, muszą próbować i co odcinek silą się na coś „super”. Dlaczego „Fift Gear” (czyli „Piąty Bieg”) i „Motovision” nie silą się na wymyślanie bzdur, tylko po prostu testują samochody, mniej lub bardziej standardowo, ale to wciąż samochód i jego merytoryczne przedstawienie jest najważniejsze?

To przydługie, pełne „jadu” i trollingu wprowadzenie miało pokazać beznadziejność polskich mediów, które zamiast robić profesjonalne programy (wzorując się na Piątym Biegu/Motorvision, a w przypadku gazet na Motor und Sport czy Motor Classic, specjalizujących się w autach klasycznych), starają się na nowo wynaleźć papier toaletowy.

Pewnie będzie to jednorazowy wpis, a wiec trochę mi się „uleje”. Powodem mojego wpisu jest artykuł w jednym z magazynów piszących o klasycznej motoryzacji, „Classic Auto”. Tak naprawdę czekałem na taki magazyn w Polsce od lat. To coś pomiędzy niemieckim Motor Classic, a brytyjskim Octane. Świetna forma, piękne zdjęcia i zazwyczaj ciekawe artykuły. Płacąc prawie 14 złotych, poza ładnymi zdjęciami i ciekawymi artykułami, czytelnik oczekuje również 100% merytorycznej spójności, szczególnie będąc fanem motoryzacji. To nie pierwszy raz, kiedy doczytuje się błędów merytorycznych, możliwe, że zasysając treść niczym młody pelikan, nie dopatrzyłem się wcześniej niektórych wpadek. Może jeśli wieczorami będę się nudził, poszukam starych wydań i będę „trollował” błędy.

Pamiętam, że w wydaniu na 50-lecie Porsche 911 pojawił się błąd (trochę szkoda, bo niektórzy uznają takie magazyny za punkt odniesienia, szczególnie, że miało to być mini kompendium wersji 911). Bezmyślne zasysanie treści lub po prostu chłonięcie wiedzy bywa niebezpieczne, ponieważ ufamy, że to, co czytamy jest zgodne z prawdą. Kocham samochody i trochę się na nich znam, jednak większość artykułów czytam z otwartą buzią, łapczywie chłonąc wiedzę. Artykuły z takich magazynów chciałbym traktować jak teksty źródłowe.

Redaktor Pawłowski, odpowiadający za dział „Classic Auto Testuje”, opisuje swoje subiektywne doznania dotyczące poruszania się testowanym samochodami. Rubryka istnieje od około roku. Nie kupuję magazynu co miesiąc, ale artykuły z którymi miałem do czynienia, czytałem z zainteresowaniem. Nie wiem tylko, czy redaktor musi się wczuwać za każdym razem: a to w wędkarza, a to w mafiozo, jak miało to miejsce w numerze lipcowym, ale zrozumiałem, że taki jest jego styl i nie mi to oceniać. Nie obrażając nikogo, w tym i mnie, większość przetestowanych do tej pory samochodów to raczej tzw. „paździerze”, jak np. Fiat Panda, Żuk, Mazda 323 czy plastikowy Lincoln z lat 80., czyli poniekąd youngtimery, jednak nic specjalnego – normalne, raczej tanie wozidełka.

Przełomem było lipcowe wydanie, kiedy to redaktor zabrał się za gruby kaliber, istne dzieło motoryzacyjnej sztuki użytkowej, art deco na kołach. Dla normalnych ludzi to po prostu S-classa coupe, typu szeregu W140 lub jak kto woli C140, czyli po prostu Mercedes CL w wersji 500. Nie pisałem magisterki z Mercedesów, ale mówiąc o nich nie muszę sięgać do tekstów źródłowych czy podpierać się Wikipedią, żeby być merytorycznym. Niestety Panu redaktorowi przydało by się żeby to zrobił lub chociaż ktoś w korekcie sprawdził, czy faktycznie to, co napisał na temat danych samochodu, ma jakiekolwiek umocowanie w faktach. Jak już wyżej pisałem, wiele osób tego rodzaju periodyki i treść zawartą w nich cieni, niczym uczeni z wieków ciemnych cenili druki zwarte. Nie można opierać swojej wiedzy na bzdurnych informacjach wyssanych z palca. Poza lekkim piórem i pomysłem na tekst, trzeba też sprawdzić jego merytoryczną część. Można uznać, że się czepiam, bo błędy są drobne i ktoś, kto nie wie co czyta, nawet ich nie zauważy. Nie chcę jednak tłumaczyć młodszemu bratu, że jest inaczej, niż przeczytał w „Classic Auto”.

Błędy są dwa. Tak, tylko dwa (po co tyle bazgraniny, ktoś zapyta), ale dość znaczne. Mercedes CL następnej generacji po W140 to W215, a nie W220. Ten ostatni to limuzyna, normalna S-classa (W220, produkowany 1998-2005). Coupe jest oparte technologicznie o limuzynę, ale jak w przypadku Mercedesów, jest lepiej wyposażone i posiada tylko najmocniejsze jednostki napędowe. Klasowo jest to odpowiednik np. Bentleyów i dużych turystycznych Ferrari.
Drugim błędem, który znalazłem, było napisanie, jakoby w modelu CL występował trzylitrowy silnik, który „palił” więcej niż pięciolitrowy, przez co był do niczego. W S-classach coupe od przełomu lat 60./70. nie było żadnego trzylitrowego silnika. „Gwiazda ze Stuttgartu” była sprzedawana w wersji od najtańszej CL420, niedostępnej na wszystkich rynkach (pojemność około 4,2 V8), CL500 (pojemność 5,0 V8) i creme de la creme, CL600 z sześciolitrowym dwunastocylindrowym silnikiem i ceną przekraczająca ponad 200 000 marek niemieckich – to wszystko w latach dziewięćdziesiątych. Tylko trzy wersje a wiec nie wiem jak można popełnić błąd?
Dopiero po liftingu w roku 1996, coupe dostało oznaczenia CL (wcześniej obowiązywał symbol SEC, znany jeszcze z lat 80. z modelu W126), żeby wyraźnie odróżnić coupe od limuzyny. Była to potocznie S-classa coupe, w 1996 roku stworzono odmienny model. Faktycznie był to tylko zabieg marketingowy, by potencjalni nabywcy nie mylili luksusowej limuzyny z ekskluzywnym coupe. Dzięki temu Mercedes zyskał nowy-stary ultra luksusowy model, który zapoczątkował nową serie flagowych Mercedesów.

Wracając do samego tekstu, zazdroszczę Redaktorowi możliwości przejechania się CL-em. Jednocześnie nie rozumiem, jak można mieć jakiekolwiek „ale” do najlepszego samochodu lat dziewięćdziesiątych. Oczywiście, zawieszenie i układ kierowniczy nie są tak precyzyjne, jak w Porsche 911. Porsche nie przewiezie jednak 4 osób, wraz zawartością szafy gdańskiej w bagażniku, z jednego krańca Europy na drugi. To się nazywa grand turing przez duże GT.

CL 25 lat temu był , podobnie jak i za 25 lat, nadal będzie szczytem luksusu i komfortu, w jakim można się przemieszczać. Kwestią sporną jest oczywiście stylistyka, ale dzięki brakowi zbędnych ozdobników CL, podobnie jak każda poprzednia S-classa, obronił się przed upływem czasu.

Tekst ten nie miał być typowym „nadwiślańskim trollingiem”, mającym pokazać jak beznadziejny jest nasz kraj i wszystko z nim związane. Chodzi bardziej o kwestię poprawności i umiaru. Przykład z „drobnymi” błędami redaktora Pawłowskiego był dla mnie kropką nad i. Normalny „zasysacz” kontentu telewizyjno-­prasowego nie zwróci uwagi na jakieś „nieistotne” błędy. Jednak ja i pewnie większe grono refleksyjnych pochłaniaczy treści, chciałbym, aby ktoś sprawował nadzór nad idiotyzmami niektórych programów telewizyjnych oraz tekstów ukazujących się w specjalistycznej prasie.
Można stworzyć kilka obszernych wpisów o tym, jak przekombinowane są niektóre teksty i programy porównawcze, jak internet pełen jest artykułów niepasujących do zdjęć zamieszczanych pod nimi. Rozumiem, że na blogach i na portalach internetowych nie musi być w pełni merytorycznie, bo tworzą je zapaleni fani, niezwracający uwagi na szczegóły – liczy się tylko proza i liryka. W przypadku portali często robią to słabo opłacani stażyści, których hobby jest np. muzyka folkowa, a nie motoryzacja. W obu przypadkach jest to dość zrozumiałe. Nie rozumiem jednak identycznej sytuacji w przypadku „profesjonalnych” programów i „wyspecjalizowanych” periodyków.

Reklamy